wtorek, 13 maja 2008
CHEERS...
Dzis po raz ostatni (mam nadzieje) nadaje z Wielkiej Brytanii. Jesli ktos jest ciekaw, jak wyglada anonimowy (dla niektorych) autor niniejszego bloga, to zapraszam jutro, o 18.55 na lotnisko w Gdansku, gdzie, jesli Bog pozwoli, zlece z chmur, a jesli Bog nie oszczedzi przy tym odrobiny dobrej woli, to zlece w samolocie. Dziekuje Wam Wszystkim za to, ze zagladaliscie tu cierpliwie, ze byliscie ze mna sercem, duchem, czym tam kto mogl i chcial. Emigracja byla doswiadczeniem nielatwym, ale nauczyla mnie wiele. Zycze Wam wszystkim, zebyscie posiedli te sama wiedzie, ktora ja posiadlem, ale – w miare mozliwosci – w lepszy, lagodniejszy, weselszy sposob. Jesli Ania “Ninja” z Grudziadza trafila na te strone, to chcialbym Ci, Aniu, powiedziec, ze nadal obstaje poniekad przy swoim zdaniu – nadal nie uwazam, aby Polska byla juz krajem tak obfitujacym w mozliwosci, jak inne kraje europejskie. Zmienilem tylko zdanie co do przyczyny takiego stanu rzeczy – winny wcale nie jest rzad, jakikolwiek by on byl, a w kazdym razie sam rzad, jako instytucja – w najmniejszym stopniu. Winni jestesmy my, nasze charaktery (albo czesciej “charakterki”), nasze nastawienie do siebie nawzajem (przyklad – Twoj wpis na blogu w zeszlym roku, oboje dobrze wiemy, o ktory chodzi); nasz brak lagodnosci, wyrozumialosci, otwartosci na to, co inne, niz to, co uzbieralismy w glowie do jakiegos-tam wieku. Anglia nie jest Ziemia Obiecana I nigdy nie twierdzilem, ze dla mnie jest. I nigdy nie twierdzilem, ze jestem Bog wie kim, I zarabiam Bog wie ile. Moja Mama tez nie wysylala mi chinskich zupek, acz nie zaprzeczam, ze trzy razy w ciagu roku otrzymalem artykuly spozywcze z Polski – tutaj sa troszke drozsze niz w Polsce, o ile w ogole sa, a smak mi sie nie zmienil I po prostu czasem ma sie ochote na cos, czego tu nie ma. Moze z tego powodu (braku przesylek z zupkami chinskimi) nie wracam oblowiony w nieprawdopodobne pieniadze. Ale zareczam Ci, ze jesli ludzie, o ktorych wowczas pisalas, nadal prowadza taki tryb zycia (czy tez jedzenia), to maja bardzo, bardzo duzo pieniedzy, a wyrzeczenia pozwalaja im naprawde na duza doze dumy z samych siebie. Pozdrawiam Cie, Aniu. Opuszczam jutro Anglie, a dzis opuszczam “Banicje”. Zostawie ja na jakis moment, niech sobie powisi. Potem ja skasuje, tak jak skasuje kilka innych spraw z mojej pamieci – spraw, ktore mialy miejsce w ciagu ostatniego roku. Tych, ktorzy znaja adres zapraszam na “czarna strone”, gdzie bede nadawal znowu, jak niegdys. U siebie. Cheers, Mates! J
niedziela, 20 kwietnia 2008
Veni Vidi... i sp....lam.
Ladies and Gentleman, Alea Iacta Est. Tak sobie multilingualnie zaczalem. Stalo sie, podjalem decyzje – powracam. Jest to wbrew wszelkiemu rozsadkowi, wbrew wszystkiemu w ogole, tyle, ze w zgodzie z soba samym, ot co. Odpowiadajac na pytania w komentarzach do ostatniego wpisu informuje, ze pilismy angielska wodke i nawet nie wypislismy jej tak duzo, tyle, ze narzucilismy sobie nieludzkie tempo po prostu. Tydzien temu zas zwiedzalismy z tymze samym kolega miasto w poszukiwaniu knajpy, w ktorej podaja najlepsze piwo. Wszedzie podawali dobre… Ale przezylem, choc do domu dotarlem dryfujac lagodnie od kraweznika do kraweznika. Oczywiscie nie jestem sam sobie winien (pijak nigdy nie jest wszak sam sobie winien, nieprawdaz?), winna jest pracowa pieknosc, ktora spotkalismy w jednym z pubow i jakos tak nam sie zapatrzylo… Zart. Obaj pozostajemy niezlomnie wierni naszym Damom – kolega nie ma wyjscia, bo narzeczona czeka na niego w domu na miejscu, ja – bo narzeczona czeka na mnie tysiace kilometrow stad. Teraz zas, skoro juz podjalem decyzje, zastanawiam sie, co dalej zrobic a tak pieknie rozpoczetym zyciem… Wsytd mi, bo to juz nie jest wiek na takie zastanowienia, ale powiadaja, ze na zmiany nigdy nie jest za pozno. Trzeba bedzie sie rozejrzec za jakas mila praca – moze byc ciekawie. Emigracja uczy tez szukac pracy, wiec zobaczymy, jak wykorzystam swoje doswiadczenie i kim bede “kiedy dorosne”. Z radoscia robilbym to, co robilem przed wyjazdem, ale, niestety, tym razem potrzebna mi praca, z ktorej bede mogl normalnie zyc. To przykre, ze mysle w ten sposob i natychmiast lajam siebie za “wygorowane wymagania”. Bo czy normalne zycie, bez dziwactw i rozrzutnosci, to naprawde az tak wiele? Ot, niech starcza na rachunki, jedzenie i wyjscie do teatru raz w miesiacu. Czy wyjscie do teratru raz w miesiacu i uswiadomienie sobie, ze jest sie czyms wiecej niz maszynka do pracowania, spania, jedzenia i robienia kupy, to wygorowane marzenie? Oczywiscie wroce i natychmiast wpadne w chciwe lapska polskiego fiskusa, juz sie o tym dowiedzialem. Placic? Nie, nie kaza mi placic, ale kaza mi wykazac, pokazac, przekazac, udokumentowac i tak dalej, czego normalny czlowiek nie jest w stanie objac umyslem, wiec musi zaplacic kare. Nikt mi jeszcze nie kaze tej kary zaplacic, ale juz to “czuje w moczu”. No ja to po prostu wiem i tyle. I dziwne – tak tesknie, tak chce zobaczyc moje miasto, moje ulice, tak chce poczuc sie “u siebie”, a jak tylko pomysle “skarbowka”, to cos we mnie wrzeszczy, kaze brac nogi za pas i nie tylko nie wracac, ale wrecz przeciwnie – uciekac jeszcze dalej, chocby na Biegun. No i tyle, czas sie skonczyl. Do zobaczenia – kto idzie na piwo w maju? J
niedziela, 30 marca 2008
O tesknocie i karalnosci glupoty
Bardzo niefajnie jest siedziec w bibliotece i odczuwac ciekawskie spojrzenia ze stron obydwu, ale trudno. O ile uda mi sie pokonac pokuse wydawania pieniedzy, to moze za jakies dwa tygodnie dorobie sie wreszcie komputera. Potem zaczna sie przewaly z podlaczniem do sieci. Wiem, ze moja byla gospodyni dysponowala takowym podlaczeniem, tylko co z tego, skoro sprzedala kobita dom razem ze mna w srodku i pojechala w jasna cholere szukac szczescia na drugim koncu swiata… Nic to, moze nowi wlasciciele okaza sie ludzkimi panami i uda sie z nimi cos uzgodnic. Tak naprawde to powoli zaczyna juz dojrzewac we mnie mysl o powrocie, wiec – poki co na odleglosc – szukam juz sobie pracy w Ojczyznie. Poki co jednak przezylem horror. Horror mial miejsce wczoraj i byl scisle powiazany z glupota, ktora nie wiem, po kim odziedziczylem… Wiem jedno: na alkoholika to ja sie nie nadaje, bo bym umarl w ciagu tygodnia, najdalej miesiaca. Wczoraj wlasnie o malo nie umarlem. Zaczelo sie, jak zwykle niewinnie – kolega z pracy zaprosil na male co nieco w postaci wodeczki. Zamiary mielismy zaprawde niewinne, albowiem na drugi dzien trzeba bylo do pracy. Niestety, zaden z nas sie nazajutrz w firmie nie pojawil… Wstyd, hanba, no po prostu obciach jak sto piecdziesiat. Nie bylem jednak w stanie spalic sie ze wstydu, poniewaz moje trzewia za wszelka cene staraly sie mnie opuscic na zawsze. Starania te trwaly przez kilkanascie (!!!) godzin i bylem juz bliski wymiotowania nie wiem czym – kolanami ,mozgiem, albowiem zoladka i w ogole przewodu pokarmowego z cala pewnoscia juz nie posiadalem. Na domiar wszystkiego przyszla akurat Landlady (byl to ostatni dzien jej pobytu w tym domu) I na moj widok oniemiala, po czym odzyskawszy glos wykrzyknela: “Jezu Chryste, Majkel, dlaczego, na litosc Boska, masz zielona twarz?!”. Wyjasnilem pokrotce (mowienie w takim stanie obcym jezykiem nie nalezy do najlatwiejszych), ze zatrulem sie czyms (powietrze w pokoju musialo jej udzielic informacji odnosnie powodu zatrucia, nie ma mocnych… Matko, jaki wstyd…). Naprawde sie zmartwila, bo chciala wzywac pogotowie. Powiedzialem jednak, ze do wieczora na pewno bedzie lepiej I obiecalem, ze gdyby nie bylo, bede stukal w podloge. Do wieczora jednak lepiej nie bylo, a w lustrze zobaczylem, ze faktycznie mam na twarzy jakies zielonkawo-zolte since. Marskosc watroby jak nic. Zastanawialem sie nawet nad tym, czy ja w ogole jeszcze zyje, czy tylko tak mi sie wydaje. Mietowa herbata okazala sie zbrodniarka, albowiem wzmogla dzialania zolcoiopedne, normalna herbata byla nie do przyjecia przez zoladek, podobnie jak zwykla woda mineralna. Po prostu nic nie bylo do przyjecia. Biegi przelajowe do lazienki, po czym powrot na czworakach do lozka zakonczyly sie okolo godziny 20-tej. Kompletnie wycienczony zapadlem w letarg, z ktorego wybudzalem sie od czasu do czasu, zeby napic sie wody, ktora wreszcie litosciwie zdecydowala sie pozostac w zoladku. I tak do dzisiejszego ranka. Obled. Nieprawdopodobny koszmar. Dzis dzwonilem do szefa i dalejze kajac sie w przeprosinach, ale szefo czlek zyciowy, wiec dostalem rozgrzeszenie. Uffff… A teraz, mili Panstwo, prosze, zacznijcie akcje bardzo intensywnego trzymania kciukow za moj jak najszybszy powrot do kraju… Powiedzmy sobie – pod koniec maja? Co Wy na to? Zadne, ale to zadne pieniadze nie sa warte palniecia sobie w glowe, nieprawdaz?
niedziela, 09 marca 2008
MARCHEWKOWE POLE
Co by tu zrobic, zeby sie nie skasowalo??? Dzieje sie, oj dzieje. Z cyklu “opowiesci niesamowite” to na przyklad nie pale. No dobra, pale, ale 1 (slownie: jednego) papierosa dziennie, rano. Tego nie moge przeskoczyc. Caly dzien wytrzymuje bez wiekzych meczarni, w ogole bez wiekszego wysilku, ale rano ten jeden byc musi. Tak czy owak palic paczke dziennie, a jednego to jednak spora roznica, przyznacie. Roznica zwlaszcza w stanie konta bankowego. Ostatnio przy bankomacie o maly wlos nie zamdlalem, bo nie do wiary wydawalo mi sie, zeby na tydzien przed wyplata (zarabiam tu miesiecznie, nie tygodniowo, jak wiekszosc) miec tyle szmalu. Myslalem, ze to raczej jaki nieprzyzwoity, nieplanowany debet, ale nie. To po prostu pieniadze niepuzczone z dymem. Majatek. W nagrode kupilem sobie za to koszule ze szpanerska metka, ktora normalnie kosztuje cos kolo trzy czwarte mojej bylej polskiej pensji… Raz nie zawsze, jak mowi stare przyslowie pszczol. Jesli ktos mnie dobrze zna, to predzej uwierzy w to, ze nie pale niz w to, co napize za chwile (jesli czyta to moja Mila Kolezanka, to niech siadzie wygodnie i niech przypnie sie pasami do krzesla, coby sie nie polamac spadajac z tegoz): zeby nie palic a jednoczesnie zeby nie zamienic sie w czteroosobowa wersalke ze Swarzedza, jem owoce i warzywa, osobliwie zas marchweki. Przez ubiegly tydzien zezarlem trzy kilo marchewek. W pracy mowia na mnie Mr Carrot (Pan Marchewka) i twierdza, ze robie sie coskolwieczek pomaranczowy na gebie, i wlosy mi zielenieja. Ale to dobrze. Marchewki nie choruja na raka pluc. I nie maja zadyszki idac pod gorke (ja tez juz nie miewam). I maja zdecydowanie wiecej pieniedzy. Najgorsza byla niedziela rano, tydzien temu. Obudzil mnie wrzask jakis opetanczy, ze srodka mego jestestwa. “Papieroooosaaaa!” – wrzeszczalo cos. - Uspokoj sie. W tej chwili sie uspokoj – zaprotestowalem twardo. – Dostaniesz papierosa, ale sie uspokoj i powiedz o co naprawde ci chodzi. - O papierosa – odpowiedzialo cos, strasznie obrazone. - Jesli sie uspokoisz, przestaniesz wrzeszczec, tupac i tluc sie po mojej glowie jak nocny Marek po piekle, to dostaniesz. – tokowalem do tego Czegos. - No to pocaluj sie w dupe, juz nie chce – powiedzialo cos obrazone strasznie. - No to nie. Taki to bylem dla siebie “super-niania”. Obecnie nie jest zle, naprawde. Musze powiedziec, ze adzilem, ze bedzie znacznie, ale to znacznie gorzej. Na razie nie jest. Ale tez nie zarzekam sie jak zaba blota i nie robie zadnych spektakularnych gestow, ktorymi zazwyczaj chwala sie panowie, ktorzy kiedys tam rzucili palenie (ze niby przez okno, ze polamali, podeptali i w ogole). Ot, po prostu, zobacze, co bedzie dalej. Na razie fajnie jest miec troche wiecej kasy i nie smierdziec. Dochodza mnie tylko tutaj bardzo smutne wiesci… Co rusz komus cos sie dzieje, ktos odchodzi z tego swiata, albo ciezko choruje… Smutno jest dostawac takie wiesci na emigracji, uwierzcie mi. Dbajcie o siebie, cieszcie sie zyciem, nie palcie papierosow, badzcie optymistyczni, napizcie czasem do mnie, chociaz wiecie, ze nie odpisuje, ale tez wiecie, dlaczego i ze staram sie tak hurtem na tym blogu, bo inaczej musialbym zamieszkac w tej bibliotece. Mam nadzieje, ze w tym roku zlece juz do kraju na stale, chcialbym wiec zobaczyc wszystkich calych i zdrowych, tak, jak wierze, ze i Wy chcielibyscie mnie takiego zobaczyc. A moze ktos ma propozycje pracy dla doswiadczonego, komunikatywnego I milego goscia? Nie jestem wymagajacy. No, moze troszke. Ale tez do swojej pracy – jakakolwiek by ona byla, podchodze powaznie. Teraz na przyklad pytal mnie jeden kolega, czy ja lubie te swoja obecna robote. No… Nie jest to praca, ktora mozna by lubic, szczecze mowiac. Ale robie ja najlepiej, jak umiem i do tego samego staram sie motywowac reszte ekipy. Efekt jest taki, ze osiagamy naprawde dobre wyniki. Bodaj najlepsze od kilku lat w tej firmie. Tak, chwale sie i jestem dumny i z chlopakow i z siebie. Tyle, ze nie chcialbym tego robic do konca zycia, ot co. Trzymajcie sie wszyscy dzielnie i zdrowo. Trzymam kciuki za wzystkich i obysmy sie spotkali w lepszych czasach.
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Szok "popowrotowy" chyba mija. Troche powoli, ale dobrze, ze w ogole. Wrocilem do pracy z ciezkim sercem, bo jednak co by nie mowic, miejsce jest nieco, ze tak powiem, depresyjne. Zaczynam powaznie zastanawiac sie nad zmiana, co jest w sumie przeciez do zrobienia. Tylko ja jestem typem, ktory sie "zasiaduje" i potem strasznie trudno samego siebie kopnac w tylek i ruszyc znow do przodu. Cos czuje, ze gdybym byl kierowca, moim ulubionym zajeciem mogloby stac sie... stanie w korku! :) Wciaz jednak nie wychodzi mi z glowy plan zgloszenia sie do pewnej sluzby, co to wtajemniczeni wiedza, a niewtajemniczeni jeszcze nie musza wiedziec, zeby nie zapeszyc. Kto sie czuje niesprawiedliwie niewtajemniczony, niech sie nie obraza, toz w ciagu godziny przy komputerze raz w tygodniu naprawde nie da sie wszysktiego obleciec. Jak zalatwie, albo jak przynajmniej sprobuje - dam znac, czegom sprobowal i czy wyszlo, czy tez wyszlo... bokiem. Z nowosci: dostalem podwyzke. Fajnie, co? Wiecie, jak ja dawno nie dostalem zadnej podwyzki? A tu - prosze - pol roku i jest. Nie powiem, dziala to motywujaco. Moze nie jest to jakas kwota zwalajaca z nog, ale tez nie czuje sie tak, jakby mi kto dal w morde taka podwyzka (a takie podwyzki, jak wiecie, tez sie zdarzaja). Mimo to jednak, czuje, ze czas sie troche rozejrzec dookola, sprawdzic inne sciezki, podreptac tu, podreptac tam... Moze da sie jakos "zrobic sobie dobrze", a w kazdym razie - lepiej. Zwlaszcza, ze pod znakiem zapytania stanela kwestia dalszego mojego pomieszkiwania na "R" Road. Pani bowiem zdecydowala sie sprzedac dom i... wyemigrowac. Cholera, moze to zarazliwe, to emigrowanie, czy jak... No, w kazdym razie poki co przyszly wlasciciel ponoc chce, zeby mieszkancy pozostali w swoich mieszkankach, ale ma jeszcze dwa tygodnie na ostateczna decyzje. Zreszta, jakakolwiek decyzje podejmie - nigdy nie wiadomo, jak sie beda z nim ukladaly, za przeproszeniem, stosunki. Szkoda by bylo sie wyprowadzac, bo juz zdazylem sie jako tako przyzwyczaic, a nawet zainstalowalem nastepujace utensylia: a) regalik na ksiazki wraz z szafeczka - przecudnej urody b) lampke nocna - takaz c) obrus na stol - nie macie pojecia, jak dlugo zastanawialem sie, czego mi tu brakuje - ano brakowalo najzwyklejszego obrusu. Obrusa. Kawala szmaty na stole. Jest. I juz rozgladam sie za drugim - ot, jaki gospodyn sie ze mnie zrobil. Na regaliku, ktory jest moja duma i moim szczesciem ustawilem ksiazki, ktore i tu zaczynaja mi sie rozmnazac nie wiem kiedy. A do tego zielone doniczkowce. I jakies tam pierdolki. I jest prawie jak w domu, choc w tym wypadku "prawie" robi jednak roznice kolosalna. Dobrze, mili Panstwo, czas sie konczy (jak zwykle). Wczoraj rozmawialem jeszcze z kolega T. Kolega T. powiedzial, ze nie podjal jeszcze decyzji, czy powraca, czy tez zostaje, ale poinformowalem go, ze po Polsce krazy informacja, ze powraca niebawem. Oczy mial ogromne. Ile to czlowiek sie dowie o sobie od innych... Gdyby pojawila sie informacja o moim powrocie, to prosze mi jak najszybciej dac znac - tez chcialbym miec mila niespodzianke, ze juz, juz wracam. Moze byc z kodem rezerwacji, zebym nie musial sie do tego wykosztowywac ;) Sciskam Wszystkich. Si ja.
poniedziałek, 07 stycznia 2008
"I co ja robie tu..."
“Witamy panstwa na lotnisku L. Temperatura na zewnatrz wynosi 8 stopni Celsjusza,, bla-bla-bla…” Boze, po co ja tu wrocilem? Dlaczego ja to zrobilem? Dlaczego wsiadlem do tego samolotu, zamiast po prostu wyjsc z lotniska w G. albo w ogole tam nie jechac, nie ruszac sie z domu? Urlop w kraju byl fantastyczny, nie przewidzialem tylko tego, ze sie skonczy… Coz za razaca krotkowzrocznosc. Dla kogos, kto nie nadaje sie na emigranta (a ja sie zdecydowanie nie nadaje) taki urlop, to troche ekstramalna przygoda. Ekstremalna pod wzgledem emocjonalnym. To tak, jakby rozciac sobie brzuch, cierpiec, ale rozcinac go dalej, zeby zobaczyc ile jeszcze sie wytrzyma. Kretynizm. Oczywiscie, ze mozna sobie zadac pytanie, po co w takim razie tu przyjechalem, po co w ogole to wszystko. Bo taka jest koniecznosc. W tej chwili jest taka koniecznosc, takie rozwiazanie wydaje sie po prostu najszybsze. Czysta ekonomia, nic wiecej. I wydawalo mi sie, ze trzy tygodnie to tak strasznie dlugo… A to bylo tyle, co piec minut. Niczego nie zdazylem, mimo, ze wszystko bylo w biegu, z kazdym minutka, tu minutka, tam minutka i efekcie, nie z kazdym dane mi bylo sie spotkac, lub chocby pogadac przez telefon… Skonczylo sie wyrzutami sumienia, ze nie kazdego “obskoczylem”. Tych, ktorzy czuja sie przeze mnie pominieci bardzo przepraszam. Moze byloby mi latwiej, gdyby (choc to mizerne usprawiedliwienie) Rodzicielka cieszyla sie lepszym zdrowiem, a ze powaznie zaniemogla, to bylo, jak bylo – choroba nie wybiera. “Juz” za trzy tygodnie przylatuje do mnie P. Na dwa dlugie miesiace. Mam swoje miejsce tutaj, swoj “dom”, mam prace, nie jechalem na taka zupelna “obczyzne” jak poczatkowo. I co? I nic – tesknota i ciezar na sercu taki sam. Myslalem, ze juz jakos tu wroslem, ze sie przyzwyczailem, ze tym razem bedzie inaczej – gowno. Wcale nie bylo inaczej. Jestem wybity z rytmu tyle. A jak pomysle o tym, ze jutro mam isc do pracy, to cos mi sie robi. Takze wesolo nie jest. Probowalem pochodzic po sklepach, ale zdolowala mnie swiadomosc, ze nie mam czego tam kupowac, bo przeciez nie jade do kraju, wiec nie potrzebuje dla nikogo prezentu. Probowalem pochodzic po miescie, ale wkurza mnie, na przyklad, ze Anglicy mowia po angielsku. Poniewaz jestem swiadom, ze byloby co najmniej dziwne, gdyby mowili po chinsku, to wkurza mnie, ze w ogole mowia. Probowalem sie upic, ale ciezko to szlo… Tesknota to dziwna emocja. I musi byc jakis sposob, zeby sobie z ta emocja poradzic, tak jak sa sposoby na rozne inne emocje, na ich kontrole. I ja ten sposob pewnie znajde, tylko kiedy… Pomyslec, ze w czasach, kiedy ludzi zsylali na Sybir, zeslaniec cieszyl sie, kiedy “w nagrode” za dobre sprawowanie dostawal pozwolenie odwiedzenia rodziny raz na piec lat na przyklad i strasznie sie z tego cieszyl… To znaczy nie dziwi mnie, ze sie cieszyl, ale ze ludzie to wytrzymywali. Czlowiek to jednak zlozona i tajemnicza istota. Zastanawia mnie tez, kiedy przygladam sie tutaj emigrantom, temu jak sie zachowuja, jak mowia – czy oni tez tesknia, jak tesknia I jak sobie z tym radza… Macie jakies sugestie na radzenie sobie z takim klopocikiem?
czwartek, 03 stycznia 2008
"Great expectations"...
W Nowym Roku życzę sobie… 1) Szybkiego powrotu do Polski. 2) Możliwości „usiąścia” na swoim krześle, przy swoim komputerze w wolny dzień i prześledzenia wszystkich zaprzyjaźnionych blogów i wtrącenia swoich trzech pensów… eeee… groszy, tak zdecydowanie groszy, do każdego, jak to drzewiej bywało. 3) Pierwszego po wyjeździe i przyjeździe polskiego urlopu, który poświęcę na prześledzenie tego, co się z Wami działo przez cały ten czas. Osobny urlop wezmę na Patekku i na Takąjedną, z racji nieprawdopodobnej częstotliwości pisania, na którą ja nie mogę sobie pozwolić obecnie. Ale zdaje się, że taki urlop nazywa się tego… Emerytura, czy jakoś tak… W każdym razie, jak Bozia da, to przed śmiercią mam nadzieję, że zdążę. 4) Przeżycia tego roku. Życzenie to nie jest bezpodstawne, biorąc pod uwagę, że w tym roku wejdę w wiek tzw. Chrystusowy. Niby nic strasznego, tylko jakoś dziwnie działa na mnie świadomość, że w ten wiek wejdę w dzień Ukrzyżowania. K. powiedziała, że ona bałaby się takich urodzin. I wcale się jej nie dziwię… 5) Marzy mi się – i tego też sobie życzę – cowieczorne, coporanne, nieważne jakie, ale wpisanie choćby jednej notki na starym, pierwotnym, „polskim” blogu. Nie zrobię tego teraz, bo chcę mieć na co czekać. Podobnie jak w Anglii nie chadzam do polskiego sklepu i nie kupuję kiełbasy ani kefiru. Za to po przyjeździe żarłem kiełbasę popijając kefirem – w ten sposób znalazłem kolejną definicję szczęścia. 6) Żeby do listopada, kiedy to planuję powrót (najpóźniej!) jakoś zleciało. A właściwie nie „jakoś”, tylko piorunem żeby zleciało. 7) Żeby Pewnym Moim Znajomym, którym coś się marzy – owo „coś” się zdarzyło. Bardzo, bardzo sobie tego życzę. A właściwie Im. Ale skoro będę dodatkową osobą, która sobie tego życzy, to może życzenie przybierze na sile sprawczej. 8) Żeby P. wytrwała w rozłące i żeby piekło pochłonęło wszystkich wysokich przystojniaków, którzy mieliby pojawić się na jej drodze. 9) Żebym wrócił do Anglii tylko ewentualnie w celu spędzenia wakacji. Ale jeśli nie będzie mi dane wrócić, to też się nie obrażę. Wcale. 10) Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy. A Wam… Wam życzę, żeby nikt z Was, ani z tych, których kochacie, nigdy nie musiał wyjeżdżać w celach innych niż turystyczne.
czwartek, 20 grudnia 2007
"I'm an alien..."
Był kiedyś taki dowcip: W pewnej murzyńskiej wiosce w Afryce był sobie mały Murzynek, który bardzo chciał być biały. Zanosił więc gorliwe modły do Boga, aby ten uczynił go białym (może to był Michael Jackson, nie wiem). Bóg wysłuchał jego próśb i pewnego dnia Murzynek faktycznie obudził się biały. Pobiegł więc do mamy: - Mamo, mamo, zobacz, jestem biały! - Synku – odparła mama – nie przeszkadzaj mi teraz, widzisz, że jestem zajęta. Pobiegł do taty: - Tato, tato, spójrz, jestem biały! - Nie zawracaj mi głowy – odparł ojciec – nie mam czasu na głupoty. Pobiegł do brata, który akurat był ze swoją dziewczyną: - Hej, patrzcie, jestem biały! - Wyjdź stąd! – syknął brat – Jesteśmy zajęci! Mały Murzynek wyszedł z chatki, usiadł na przyzbie i westchnął: - Panie Boże, dopiero pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkur…ją. Dowcip ten opowiedziałem Wam wcale nie dlatego, że jestem rasistą. Przypomniałem go sobie teraz, podczas wizyty w kraju. Nie, żebym za chwilę miał rozpocząć szeroko zakrojoną krytykę tego, co widzę teraz, po pół roku – nie wszystko jest złe. Ulice w moim mieście są tak samo ładne. Rozwój technologii w komunikacji był miłym zaskoczeniem. Dostęp do kultury sprawia, że czuję się jakiś spokojniejszy, chociaż w mieście, w którym mieszkam w Anglii mam teatr prawie przy domu. Ale… Potrzebowałem kupić żel pod prysznic, więc udałem się do drogerii należącej do znanej i bardzo rozbudowanej sieci. Pomijam ceny, które mnie poraziły (woda toaletowa, której używam i której tam albo nikt już nie chce, albo mają jej strasznie dużo, bo kosztuje najwyżej 10 funtów tutaj kosztuje 140 złotych, czyli prawie trzy razy tyle). Zasadniczo poraziła mnie pani pracująca w sklepie. Otóż przystanąłem sobie przy jednej z półek i coś tam sobie oglądałem, gdy nagle za mną rozległ się głos: - O, tutaj sobie pani spojrzy i weźmie! Po czym czyjeś dłonie chwyciły mnie dziarsko i… przestawiły! Pani sprzedawczyni normalnie mnie przesunęła, bo najwidoczniej zasłaniałem klientce to, na co chciała spojrzeć i – ewentualnie – nabyć. Idę ja sobie ulicą i nagle przystanąłem, bo przypomniało mi się, że miałem wstąpić do apteki. Aptekę właśnie minąłem, więc chwila zastanowienia: iść do następnej, czy zwrócić. I nagle ktoś ryczy z tyłu: „Przepraszam!”. Ryczy tak strasznie (a kobieta to była), że słyszę jej wszystkie myśli, które brzmiały mniej więcej tak: „Suń się ty pieprzony fajansiarzu, nie masz oczu w tyłku? Nie widzisz, że się śpieszę?!”. Jadę na zakupy świąteczne do centrum handlowego. Autobus ma być za 20 minut, a nie za 10. Moja wina, że nie połapałem się w rozkładzie jazdy tegoż zamieszczonym w Internecie. Ponieważ mi śpieszno i każda minuta jest ważna, bo jadę z Rodzicielką, a Rodzicielka po południu ma jeszcze odbębnić fuchę jako super-niania – dzwonię po taksówkę. - Blurp-blurp-blurp – mamroli pan po drugiej stronie słuchawki w mojej ulubionej (kiedyś) firmie taksówkowej. - Dzień dobry, chciałbym zamówić taksówkę tu i tu. - Blurp-blurp. - Słucham? - Blurp-szszszsz-blurp! - To jest ulica... – strzelam sądząc, że pan nie dosłyszał adresu. - Blurp.. Pytam się pana raz jeszcze czy jest duży tłok na ulicy!!!!! – wrzeszczy pan, całkiem wyraźnie. - Co? Eeeee… No nie, tłoku nie widzę. - Pięć minut – fafluni pan i rozłącza się. Co więcej – chcę powrócić tym samym środkiem lokomocji, ponieważ jesteśmy obładowani zakupami i z całą pewnością mamy nadbagaż. Dzwonię do tej samej firmy, bo zawsze korzystałem z jej usług i nigdy nie miałem problemów, co więcej – same udogodnienia. Niestety, pan jeszcze nie skończył zmiany w dyspozytorni, więc wytężam słuch w obawie, że znów na mnie nakrzyczy okropnie. Zamawiam taksówkę. - Ale ja tam teraz nie mam żadnego samochodu, musi pan do Gdańska dzwonić, pan się źle dodzwonił. - Nie znam innego numeru, bo zawsze i zewsząd jeździłem z waszą firmą. - NN-NN – podaje mi inny numer telefonu. Dzwonię. Bóg łaskaw – kobieta! Kobiety jakoś wyraźniej brzmią przez telefon, może dlatego, że nie noszą wąsów, czy coś… Powtarzam moją matrę o zamawianiu taksówki… - Oj… - pani jest zakłopotana – ale to raczej musiałby pan do Sopotu dzwonić, my jesteśmy gdańską firmą. Czuję, że moja cierpliwość i uprzejmość są już na debecie. - Proszę pani, przed chwilą dzwoniłem do Sopotu i tam pouczono mnie, że mam dzwonić do Gdańska i podano mi ten właśnie numer, więc proszę aby zechciała pani łaskawie przysłać mi cokolwiek, czym mógłbym wrócić z tego zadupia do domu, będę naprawdę dozgonnie wdzięczny – mówię i czuję, że sam zaczynam cedzić. Na szczęście pani nie upiera się i dalej idzie w miarę gładko, włącznie z tym, że dostaję telefon zwrotny o tym, że taksówka czeka tam, gdzie prosiłem. Nie było to do końca precyzyjne, bo tam, gdzie prosiłem właśnie stałem, ale jakoś się z panem kierowcą odnaleźliśmy. Chwała Bogu, nie trzeba było pisać do Alicji Resich-Modlińskiej i programu „Zerwane Więzi”. Niestety jednak, w środkach komunikacji nadal wszyscy chcą się nawzajem pożreć żywcem, bynajmniej nie z przyczyn smakowych, czy – nie daj Boże – erotycznych. Ze spraw ekonomicznych: problem nie polega na tym, że ceny w Polsce są za wysokie. Nie polega też wcale na tym, że ludzie zarabiają za mało. Nie wiem, czy już o tym pisałem, może się powtórzę. Problem polega na tym, że tutaj za środek do czyszczenia toalet, dajmy na to, płacę 6 złotych. Tam – funta. Da się przeżyć. Tyle, że tu na 6 złotych trzeba często pracować godzinę, a tam – kilka minut. Miesiąc w Polsce jest po prostu za krótki, żebym można było, wykonując prostą, zwykłą pracę, zarobić i na środek do czyszczenia toalet i na coś więcej… Błogosławione eufemizmy…
niedziela, 16 grudnia 2007
"If we took a holiday..."
Uprzejmie, z radością, ale też z dużym wciąż oszołomieniem, informuję, że dotarłem do domu. Gdyby ktoś pytał, jak minęła podróż, to wysnułbym całą opowieść, więc może wysnuję, zanim pytanie padnie. Dotarliśmy z K. i zaprzyjaźnionym Anglosasem w charakterze uprzejmego (a raczej ratującego sytuację) kierowcy na lotnisko bez przeszkód. Ustawiłem się w kolejce do odprawy bagażowej, czując już nadchodzącą klęskę finansową w postaci opłaty za nadbagaż. Trudno, święta są raz w roku. W ogóle na początku nie wiedziałem, w której z dwu kolejek się ustawić. - Bierz blondynę – poradził wesoło Anglosas. Pewnie, co mi szkodzi, dobra blondyna nie jest zła. Po dotarciu do stanowiska K. czmychnęła wraz z moim bagażem podręcznym w daleki kąt sali odpraw, ponieważ czasem bywa tak, że każą go kłaść na taśmę, a czasem nie. Wolałem, żeby nie kazali… Natomiast z bagażem zasadniczym wyboru nie ma. Anglosas, chłopisko wielkie jak pół samolotu, powiada tak: - Ty się za ten bagaż nie chwytaj. Ja go wezmę, wstawię na taśmę i będę udawał, że jest taki szalenie lekki. Pomysł ten bardziej miał uspokoić nas, niż załatwić sprawę, ponieważ lotniskowa waga nie ma oczu, a tym bardziej, nie podobna nawiązać z nią żadnego połączenia duchowo-emocjonalnego. Anglosas wcielił jednak pomysł w życie i gdy Blondyna odprawiająca zażyczyła sobie bagażu, dziarsko chwycił torbiszcze. Usłyszałem syk pary buchającej mu z uszu i łomot. Torba łupnęła w słupki, nie mieszcząc się na taśmie. - Tak bokiem, bokiem spróbuj – mówię półgębkiem do Anglosasa, szczerząc się do Blondyny. Bokiem się udało, ale Blondyna już coś wyczuła swoim zadartym nochalem i rzecze: - Dwa kilo proszę wyjąć. - Kiedy ja zapłacę za cały nadbagaż. - Owszem, ale dwa kilo trzeba wyjąć, bo się pasy [te do transportu bagażu do i z luku bagażowego] zablokują, a za resztę zapłacić. Dziwna sprawa. Jak P. wracała z tego samego lotniska, to przy jej tonach nadbagażu nic się nie zablokowało, a przy moich 12 kilo miało się zablokować? Znaczy, że od tego czasu stan techniczny lotniska znacznie się pogorszył, ot co. Cofnąłem się nie co i dalejże rozpinać torbę i wywalać swoje gacie (że też były na samym wierzchu!) na widok publiczny, ba, międzynarodowy! Wyciągnąłem parę rzeczy jak leci, w tym moje spodnie, które zamierzałem założyć w święta i eleganckie buty, a także białą koszulę i dwa pudełka, których przeznaczenie skojarzyłem na dobrą sprawę dopiero po odprawie, bo w trakcie przewalania bagażu trzeba myśleć szybko i raczej w ogóle trudno myśleć trzeźwo. Zwłaszcza, jeśli się nie lata trzy razy dziennie po posiłku, tylko nieco rzadziej. Spocony jak mysz wróciłem do blondyny i władowałem, bokiem rzecz jasna, bagaż na taśmę. - Sto dwadzieścia funtów – orzekła Blondyna, ale tu już przewaliła sprawę, bowiem doskonale pamiętam, ile płaciła P. za swój nadbagaż. - Słucham? – powiedziałem – To chyba jakaś pomyłka, zechce pani sprawdzić ponownie? Wydało się. Blondyna wreszcie podniosła głowę znad mojego polskiego paszportu i spojrzała na moją jamę ustną wypluwającą słowa ewidentnie w jej ojczystym języku. Że też ich to tak niezmiennie dziwi i raduje jednocześnie. To fakt – są wówczas zupełnie inni i znacznie bardziej przychylni… Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu i rozgadała się: - Och, najmocniej przepraszam, oczywiście, proszę mnie nie słuchać, naturalnie, pomyliłam się. Sześćdziesiąt funtów. Ta wersja była już bliższa moich przewidywań, choć wciąż je przekraczała. Może gdybym ją poprosił jeszcze ze dwa razy o sprawdzenie, zrobiłbym niezły interes, ale z wolałem nie pyszczyć, żeby nie zaczęła zastanawiać się, gdzie jest mój bagaż podręczny… Posłusznie podreptałem do kasy, wybuliłem co miałem wybulić, byle już mieć to z głowy. Kontrola bezpieczeństwa, czyli zabawa w „who is the terrorist?” była dość osobliwa. Kazali zdjąć czapkę, żebym rzecz jasna lepiej wypadł w kadrze ochroniarskiego filmu, kurtkę, pasek, buty (na wypadek, gdybym miał tam schowany kieszonkowy miotacz rakiet), ale mogłem zostawić zegarek (a miałem w nim schowaną bombę i cztery małe czołgi) i obrączkę (w którą wszczepiłem środek zapalny w proszku). Po przyjeździe okazało się też, że w kieszeni dżinsów w podręcznym miałem w ogóle zapalniczkę, której ponoć mieć nie wolno. Lecieliśmy chyba wyłącznie po to, by zaliczyć wszystkie możliwe strefy turbulencji (Ciocia K. miała rację mówiąc: „Że też ty nawet latać samolotem normalnie nie możesz, zawsze coś!”), więc nie pospałem sobie, niestety. Cała odprawa po przylocie i oczekiwanie na bagaż trwało bardzo krótko – mój bagaż, a właściwie mój nadbagaż wyjechał jako czwarty, przy czym gdy był jakiejś dwa metry ode mnie taśma nagle zatrzymała się. Okropnie się przestraszyłem, że mój nadbagaż zdewastował taśmę, więc rzuciłem się na taśmę, porwałem moje małe 30 kilo, zwlokłem z taśmy, o mały włos nie pozbawiając nóg pani, która stała obok i powlokłem się do wyjścia. Sala Przylotów w Gdańsku jest urządzona nieco inaczej niż w Liverpoolu – jest węższa, ale chyba dłuższa, nie wiem czemu, bo przy jednym końcu ludzie tłoczyli się niemiłosiernie, a drugi koniec był pusty. Widząc ten tłum uznałem, że nikogo tu nie zobaczę i nikt mnie nie zobaczy (wszak wiadomo, że wzrost mam haniebny), więc przyjdzie mi tu szczeznąć, zanim wszyscy sobie pójdą i zostanę tylko ja i ktoś, kto na mnie czeka. Nie wiedziałem do tego, kto na mnie czeka, bo mi nie powiedziano. Wiedziałem tylko, że nie P., bo sam jej tego zakazałem z racji ważnej wejściówki następnego ranka. I wtedy zobaczyłem wystającego z tłumu, wysokiego faceta, naszego dobrego znajomego, ale w ogóle najpierw pomyślałem, że to przypadek i że przyjechał po kogoś innego – nie wiem czemu. Ale wówczas gdzieś zza niego wychynęła… moja własna Rodzicielka! Jak świat światem nie spodziewałbym się, że ze swoim podupadającym mocno zdrowiem, w środku nocy, ruszy się z domu i będzie marznąć na zimnym lotnisku. W ogóle prędzej przypuszczałbym, że szykuje w domu tony żarcia – jak to mają we zwyczaju matki w takich sytuacjach. I powiem Wam tak: Prezenty – ileś tam funtów… Nadbagaż – 60 funtów… Bilet – 140 funtów… Resztę sobie dopowiedzą ci, co znają reklamy jednej z kart kredytowych. Bezcenne i niezapomniane. A póki co jestem w domu od paru dni i różni ludzie organizują mi czas, ponieważ tak, jak ja sobie zaplanowałem spotkania z bliskimi się nie da, bo w takiej opcji nikt nie ma czasu… Każdy musi coś ważnego załatwić. Tylko trzy osoby powiedziały, że są skłonne jakoś sobie tak ustawić swoje plany, żeby się spotkać. I tym trzem osobom bardzo, bardzo za to dziękuję, ponieważ – owszem – przyjechałem na urlop, ale zasadniczo i najbardziej chciałbym go spędzić z P. i z Rodzicielką, co chyba nikogo nie dziwi, ani nie obraża. Bardzo, bardzo chcę zobaczyć resztę rodziny, znajomych, tylko może faktycznie czas jakoś niesprzyjający, wszak święta za pasem, bieganina… E tam, nie ma co się roztkliwiać, będzie jak będzie – jest fajnie. Chciałbym też teraz powiedzieć Wam Wszystkim po raz kolejny – i z pewnością nie ostatni: Wasze pozytywne przekazy, fluidy, dobre myśli – były dla mnie naprawdę bezcenne. Nie wiem, czy faktycznie coś takiego istnieje, czy jest naukowo potwierdzone – dla mnie istnieje i daje olbrzymią moc. Dziękuję Wam. Będą mi jeszcze potrzebne po powrocie do Królestwa, a póki co – obdarujcie nimi swoich bliskich, swoje rodziny, swoich przyjaciół w potrzebe, bo czas po temu odpowiedni. Ja aktualnie odpoczywam (przynajmniej próbuję) i jestem w dobrych rękach. Jesteście naprawdę kochani i będąc tu, a raczej tam, ze mną duchowo robicie naprawdę kawał cholernie dobrej roboty… Ileż to kilometrów trzeba przelecieć, przejechać, przepłynąć czasem, żeby odkryć, jaką wartość mają zwykłe słowa, duchowa, choćby chwilowa obecność jakiejś dobrej duszy obok… Emigracja uczy. Albo, jak kto woli elegancko – „podróże kształcą”. A co do mojej Miłej Koleżanki, komentującej mnie tutaj dzielnie. Otóż po drugim Twoim komentarzu powziąłem pewne przypuszczenie i ponoć pierwsza myśl jest najtrafniejszą. Ale ostatnim nieco mnie zmyliłaś – mam na myśli, rzecz jasna, nie treść, ale formę wypowiedzi. I – OK., zabawmy się w tę zgadywankę. Zadam ci jedno pytanie – jeśli mogę. Przeczytaj je uważnie i odpowiedz uczciwie, zgodnie z pierwszą myślą, jaka przyjdzie Ci do głowy – nie kręć, zagrajmy uczciwie. Zresztą jednego jestem pewien: najpewniej w nadchodzącym tygodniu się zobaczymy. Jakoś tak dziwnie jestem też przekonany, że wiem GDZIE się zobaczymy. A teraz pytanie: Kilka wersów wyżej napisałem, że ostatnim komentarzem nieco mnie zmyliłaś. Odpowiedz szczerze: czy to, że mnie zmyliłaś wywołało w Tobie ROZBAWIENIE, czy też UCIESZYŁO Cię? Która emocja była Ci bliższa? Proszę, zdecyduj się na jedną z nich, ale pamiętaj: wybierz tę pierwszą, która przyjdzie Ci do głowy. J Sądzę, że po Twojej odpowiedzi będę wiedział z całą pewnością, którą moją Miłą Koleżanką jesteś… Ściskam Wszystkich (i Wszystkie)!
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Juz za chwileczke, juz za momencik... :-)))
Kochani, Siedzie sobie w bibliotece, jak mniemam, chyba ostani raz przed moim urlopem w Polsce. Trzeba bylo oddac ksiazki (wzialem sie za pierwszy tom “Nad Niemnem” I za “Rozmyslania przy goleniu” Dygata – te ostatnia szczegolnie goraca polecam, bo oto znalazlem sobie mistrza!). Urlop zbliza sie juz milowymi krokami, co mnie niezmiernie cieszy, natomiast pojawil sie maly problem w postaci bagazu. Wczoraj zrobilem probe generalna zapakowania sie I przywiedlem nieco, jak przedwczesnie zmarznieta roslinka, albowiem okazalo sie, ze nie jestem w stanie zapakowac sie do torby, z ktora tu przyjechalem, co wiecej, nie zapakowalem tam ani jednej wlasnej rzeczy. Cala powierzchnie torby zajely prezenty I upominki troskliwie kolekcjonowane na szafie (bo w szafie zabraklo miejsca). Probowalismy z kolega T. na rozmaite sposoby pomiescic wszystkie te cuda I cudenka (dla kazdego cos milego), ale nijak sie nie dalo. Zwlaszcza, ze w swojej bezmiernej durnocie nabylem rzeczy, z ktorych czesc grozi autodestrukcja w razie zgniecenia. Zwlaszcza odzienie dla Rodzicielki, ktore to nabylem za kosmiczne pieniadze, bo to Projektantka przez duze P., Sklep przez duze S. I w ogole “mniut-malyna”. Ale tylko na jeden taki prezent bylo mnie stac. To znaczy tez niekoniecznie, ale sie szarpnalem, w koncu matke ma sie tylko jedna (na szczescie, z wieksza iloscia bym nie wytrzymal ;-) ) W zwiazku z brakiem odpowiedniej torby w dzisiejszym planie dnia znalazl sie punkt: kupic torbe. Nie powiem, zeby mnie to cieszylo, poniewaz uszczupli to moj urlopowy budzet, ktory I tak nie jest jakos szczegolnie opasly (nie, nie, ja nie bede tu zgrywal wujka z Ameryki I wciskal knotow o zarabianych przeze mnie kokosach, podczas gdy sa to tylko – owszem dorodne I slodkie – ale jednak wciaz jeszcze orzeszki laskowe). Udalo mi sie jednak ustalic z Landlady (czyli pania, ktora wynajmuje mi mieszkanie), ze poniewaz wybywam w tygodniu, to zaplace nizszy czynsz. Co prawca mieszkanie moje pozostanie zajete przez moje rzeczy oraz przez kolege T., ale za to kolega T. tez zaplaci mniej za to, ze krocej pobedzie w swoim mieszkaniu – w sumie obaj bedziemy troche do przodu, co moze uratowac bagazowy kryzys. Wyprobowalem tez wczoraj moje nowe drugie okulary, czyli korekcyjno-przeciwsloneczne. Bardzo bajeranckie I “trendy”, ale wciaz nie moglem sie nadziwic, ze widze normalnie. W krytycznych bowiem sytuacjach kiedy zmienialem okulary zwykle na przeciwsloneczne, nie-korekcyjne, moglem to robic jedynie np. siedzac gdzies, bo przy mojej slepocie zabilbym sie o pierwszego napotkanego slimaka (nie mowiac juz o slimaku, ktory najpewniej tez by tego nie przezyl). Totez wszystko widzialem, a mialem wrazenie, ze jednak nie widze I szedlem troche niepewnie. Dziwne rzeczy w czlowieku siedza, doprawdy… No, to lece po torbe, potem sie spakuje. Nie calkiem, bo w srode jeszcze odwiedze praline (wszak lece wieczorem), ale wiekszosc tego, co zabieram (czyli upominki dla Krewnych-I-Znajomych) juz zaladuje, zeby mi sie nie platalo to pod nogami. No I zwaze… Na szczescie ja bardziej zwracalem uwage na wage kupowanych przedmiotow, niz P., ktora za nadbagaz zabulila wiecej niz za bilet. Ale I tak uwazam , ze P. jest znacznie rozsadniejsza ode mnie we wszystkich innych kwestiach.
|
|