Blog > Komentarze do wpisu
"I'm an alien..."

Był kiedyś taki dowcip:

W pewnej murzyńskiej wiosce w Afryce był sobie mały Murzynek, który bardzo chciał być biały. Zanosił więc gorliwe modły do Boga, aby ten uczynił go białym (może to był Michael Jackson, nie wiem). Bóg wysłuchał jego próśb i pewnego dnia Murzynek faktycznie obudził się biały. Pobiegł więc do mamy:

- Mamo, mamo, zobacz, jestem biały!

- Synku – odparła mama – nie przeszkadzaj mi teraz, widzisz, że jestem zajęta.

Pobiegł do taty:

- Tato, tato, spójrz, jestem biały!

- Nie zawracaj mi głowy – odparł ojciec – nie mam czasu na głupoty.

Pobiegł do brata, który akurat był ze swoją dziewczyną:

- Hej, patrzcie, jestem biały!

- Wyjdź stąd! – syknął brat – Jesteśmy zajęci!

Mały Murzynek wyszedł z chatki, usiadł na przyzbie i westchnął:

- Panie Boże, dopiero pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkur…ją.

 

Dowcip ten opowiedziałem Wam wcale nie dlatego, że jestem rasistą. Przypomniałem go sobie teraz, podczas wizyty w kraju. Nie, żebym za chwilę miał rozpocząć szeroko zakrojoną krytykę tego, co widzę teraz, po pół roku – nie wszystko jest złe. Ulice w moim mieście są tak samo ładne. Rozwój technologii w komunikacji był miłym zaskoczeniem. Dostęp do kultury sprawia, że czuję się jakiś spokojniejszy, chociaż w mieście, w którym mieszkam w Anglii mam teatr prawie przy domu. Ale…

Potrzebowałem kupić żel pod prysznic, więc udałem się do drogerii należącej do znanej i bardzo rozbudowanej sieci. Pomijam ceny, które mnie poraziły (woda toaletowa, której używam i której tam albo nikt już nie chce, albo mają jej strasznie dużo, bo kosztuje najwyżej 10 funtów tutaj kosztuje 140 złotych, czyli prawie trzy razy tyle). Zasadniczo poraziła mnie pani pracująca w sklepie. Otóż przystanąłem sobie przy jednej z półek i coś tam sobie oglądałem, gdy nagle za mną rozległ się głos:

- O, tutaj sobie pani spojrzy i weźmie!

Po czym czyjeś dłonie chwyciły mnie dziarsko i… przestawiły! Pani sprzedawczyni normalnie mnie przesunęła, bo najwidoczniej zasłaniałem klientce to, na co chciała spojrzeć i – ewentualnie – nabyć.

Idę ja sobie ulicą i nagle przystanąłem, bo przypomniało mi się, że miałem wstąpić do     apteki. Aptekę właśnie minąłem, więc chwila zastanowienia: iść do następnej, czy zwrócić. I nagle ktoś ryczy z tyłu: „Przepraszam!”. Ryczy tak strasznie (a kobieta to była), że słyszę jej wszystkie myśli, które brzmiały mniej więcej tak: „Suń się ty pieprzony fajansiarzu, nie masz oczu w tyłku? Nie widzisz, że się śpieszę?!”.

Jadę na zakupy świąteczne do centrum handlowego. Autobus ma być za 20 minut, a nie za 10. Moja wina, że nie połapałem się w rozkładzie jazdy tegoż zamieszczonym w Internecie. Ponieważ mi śpieszno i każda minuta jest ważna, bo jadę z Rodzicielką, a Rodzicielka po południu ma jeszcze odbębnić fuchę jako super-niania – dzwonię po taksówkę.

- Blurp-blurp-blurp – mamroli pan po drugiej stronie słuchawki w mojej ulubionej (kiedyś) firmie taksówkowej.

- Dzień dobry, chciałbym zamówić taksówkę tu i tu.

- Blurp-blurp.

- Słucham?

- Blurp-szszszsz-blurp!

- To jest ulica... – strzelam sądząc, że pan nie dosłyszał adresu.

- Blurp.. Pytam się pana raz jeszcze czy jest duży tłok na ulicy!!!!! – wrzeszczy pan, całkiem wyraźnie.

- Co? Eeeee… No nie, tłoku nie widzę.

- Pięć minut – fafluni pan i rozłącza się.

Co więcej – chcę powrócić tym samym środkiem lokomocji, ponieważ jesteśmy obładowani zakupami i z całą pewnością mamy nadbagaż. Dzwonię do tej samej firmy, bo zawsze korzystałem z jej usług i nigdy nie miałem problemów, co więcej – same udogodnienia. Niestety, pan jeszcze nie skończył zmiany w dyspozytorni, więc wytężam słuch w obawie, że znów na mnie nakrzyczy okropnie. Zamawiam taksówkę.

- Ale ja tam teraz nie mam żadnego samochodu, musi pan do Gdańska dzwonić, pan się źle dodzwonił.

- Nie znam innego numeru, bo zawsze i zewsząd jeździłem z waszą firmą.

- NN-NN – podaje mi inny numer telefonu.

Dzwonię. Bóg łaskaw – kobieta! Kobiety jakoś wyraźniej brzmią przez telefon, może dlatego, że nie noszą wąsów, czy coś… Powtarzam moją matrę o zamawianiu taksówki…

- Oj… - pani jest zakłopotana – ale to raczej musiałby pan do Sopotu dzwonić, my jesteśmy gdańską firmą.

Czuję, że moja cierpliwość i uprzejmość są już na debecie.

- Proszę pani, przed chwilą dzwoniłem do Sopotu i tam pouczono mnie, że mam dzwonić do Gdańska i podano mi ten właśnie numer, więc proszę aby zechciała pani łaskawie przysłać mi cokolwiek, czym mógłbym wrócić z tego zadupia do domu, będę naprawdę dozgonnie wdzięczny – mówię i czuję, że sam zaczynam cedzić.

Na szczęście pani nie upiera się i dalej idzie w miarę gładko, włącznie z tym, że dostaję telefon zwrotny o tym, że taksówka czeka tam, gdzie prosiłem. Nie było to do końca precyzyjne, bo tam, gdzie prosiłem właśnie stałem, ale jakoś się z panem kierowcą odnaleźliśmy. Chwała Bogu, nie trzeba było pisać do Alicji Resich-Modlińskiej i programu „Zerwane Więzi”.

Niestety jednak, w środkach komunikacji nadal wszyscy chcą się nawzajem pożreć żywcem, bynajmniej nie z przyczyn smakowych, czy – nie daj Boże – erotycznych.

 

Ze spraw ekonomicznych: problem nie polega na tym, że ceny w Polsce są za wysokie. Nie polega też wcale na tym, że ludzie zarabiają za mało. Nie wiem, czy już o tym pisałem, może się powtórzę. Problem polega na tym, że tutaj za środek do czyszczenia toalet, dajmy na to, płacę 6 złotych. Tam – funta. Da się przeżyć. Tyle, że tu na 6 złotych trzeba często pracować godzinę, a tam – kilka minut. Miesiąc w Polsce jest po prostu za krótki, żebym można było, wykonując prostą, zwykłą pracę, zarobić i na środek do czyszczenia toalet i na coś więcej…

Błogosławione eufemizmy…

czwartek, 20 grudnia 2007, freestyler30
Komentarze
2007/12/20 18:06:35
Witaj w domu:)
-
2007/12/20 21:29:22
aaaaa, to ja już wiem...to my nie zarabiamy mało, to Anglicy maja za długie miesiące.
-
2007/12/21 07:44:42
NIKI - U Ciebie byłem wczoraj i czytałem - to masakra jakaś jest, absurd zupełny. zmartwiłaś mnie bardzo.
TAKAJEDNA - Wiesz, chodziło mi o to, że to nie jest kwestia tego ILE kto zarabia, ale co może za to kupić i jak długo na to pracować. Mam nadzieję, że nie zrozumiałaś mnie źle? :) Tak czy owak chodzi o relację cen do zarobków i zarobków do cen, nie o same kwoty. Idąc na zakupy tam, chcąc kupić środki czystości wydaję, powiedzmy, 5 funtów, czyli 25 złotych (w wolnym przeliczeniu). Tutaj po pierwsze wydam więcej, bo one są droższe, a po drugie musiałbym na to pracować prawie cały dzień, a nie niecałą godzinę. To jest naprawdę przerażające, kiedy przyjeżdżam z brytyjską wypłatą tutaj i mimo to ceny mnie porażają.
-
Gość: quisti, 89.174.23.2*
2007/12/23 15:31:08
też to zauważyłam w Ire.
Było dla mnie niepojęte, że przychodzę do sklepu z pamiątkami i... na wszystko mnie stać. Oczywiście nic nie kupiłam, bo gusta mają okropne, ale jednak sam fakt że za najniższą wypłatę dla niewykształconego pracownika, w dodatku nieperfekcyjnie mówiącego po angielsku mogę sobie kupić tyle i takie rzeczy jest dla mnie dziwne.
Za moją pensję przez pewien czas utrzymywałam dwie osoby i mi jeszcze zostawało, a pracowałam na pół etatu u wrednej polki..
-
Gość: maryska, chello087206163064.chello.pl
2008/01/04 19:44:23
Ach joo...Jak juz odkrylismy, Polska- po chwilowym amoku sciagania wzorcow zachowan z Europy i istnego Wersalu na lewo i prawo- nieoczekiwanie wrocila do czasow, kiedy czyjas uprzejmosc budzi w czlowieku niebotyczne zdumienie.
Smutne.
Na pohybel buractwu :D